Zwiedzanie Tuszetii (cz. 2)

Zapraszam do zapoznania się z drugą częścią gościnnego wpisu Radka Wiśniewskiego, któremu poleciłem wyprawę do Tuszetii w sierpniu 2015 roku.


Tuszetia, ech, Tuszetia. W Tuszetii jest – w odróżnieniu do Swanetii – zielono, granica lasu iglastego jest dość wysoko, tak gdzieś do 2500 metrów. Lodowce i skały zaczynają się dopiero od 3500 metrów i schowane są głęboko w dolinach. Rzeki płynące przez Tuszetię „wsie uchadit w Dagestan” – to już wiesz – ale od Dagestanu nie ma drogi ani ścieżki, tylko koryto rzeki w wąwozie głębokim jak Kanion Colca.

Niby można łazić turystycznie i są tacy, co to robią, ale my mamy mapy, jakie dali nam w Parku Narodowym, a one – jak się okazało – nie uwzględniały zmian poziomic mniejszych niż plus minus 200–300 metrów, zaś szlaki piesze nie są oznaczone inaczej niż białymi rameczkami. Najpewniej jest trzymać się bitej drogi, tylko że na tej spotykasz co chwila terenówki i konie.
gallery103

Niby turystów nie ma, ale ruch jest. Czesi je znaczą w ramach bratniej pomocy – spotkasz tych Czechów trzeciego dnia uwalonych białą farbą. Polacy poznaczyli już szlaki górskie w Chewsuretii. No ale na razie jedni i drudzy robią tylko rameczki białe, bo rząd gruziński nie zadecydował jeszcze, jakim systemem kolorować szlaki – alpejskim (szwajcarsko-niemieckim) czy słowacko-polskim. „Na razie są rameczki białe”, mówił brat Czech, „może za rok, za dwa będą kolory, może nawet trzy, jak tylko rząd ustali, co robić”. W pół drogi, powiadasz, już drugi rok i zawsze dopowiesz w myślach – w pół drogi brzmi smutno, ale być w pół drogi oznacza też przecież być w drodze, już wyruszyć, iść.

Zatem nie poszliście nigdzie daleko w góry, a pewnie tam dopiero – gdzieś na dzikim noclegu, pod namiotem – można by naprawdę i do końca odetchnąć tuszeckim powietrzem. Ale i tak dostępne w ramach jednodniowych wycieczek szlaki to głównie dolinowe drogi do przysiółków, więc można było na piechotę albo koniem (35 lari od konia plus 75 przewodnik), albo terenówką (cena umowna). Pierwszego dnia połaziliście trochę na piechotę. Głownie po płaskowyżu, do górnego Omalo i twierdzy Keselo. Chciałeś pójść na przełęcz, zobaczyć z góry dolinę Dartlo, ale okazało się, że to nie takie proste ani nie takie bliskie, jak wyglądało na schematycznych mapach.

gallery106

W Górnym Omalo pod twierdzą napis na nowej, drewnianej budzie głosi „Kafe, shop, taxi”. Po otwarciu drzwi pojawia się ubrana w biały fartuch kobieta ugniatająca bochny ciasta, a obok hucząca maszyna – ani chybi do mielenia mąki albo czegoś z tym związanego. Mąż tej pani siedzi tymczasem na werandzie i patrzy na góry, jak to typowy Gruzin i do tego góral, a robota pali mu się w rękach, gdy tak patrzy i patrzy. Kobita w budzie ciasto na chleb zagniata, córka sprzedaje turystom drogie jak cholera piwo, a on patrzy i patrzy, a góry nad nim sine, zielone, jakie chcesz. Myślicie – „szkoda, tak chłop będzie kolejne trzy dni patrzył, a robota zupełnie mu się w rękach spali”. Zagadujecie go, czy nie pojechałby do Dartlo terenówką, bo ze wszystkich koni najmniej boicie się koni mechanicznych. Słowo do słowa, lari do lari – wyszło, że dwa dni gaspadin Erakli was woził w cenie nieco niższej niż żywe konie. Dowoził do miejsca, skąd „maszyna nie pajdiot”, i dalej szliście na piechotę, umawiając się z nim za 2, czasem 3 godziny w jakimś punkcie terenowym, najczęściej widocznym jak na dłoni, acz odległym.

Drugiego idziecie z nim do starego Diklo. To jakby gruzińska Masada. W czasie jednego z najazdów Dagestańców, w 1830 roku, Gruzini bronili się tam do ostatka, a potem pozabijali swoje kobiety i siebie, czasem skacząc w przepaść, żeby uniknąć niewoli islamskiej. Straszne – ale czy po długiej obronie ich los w rękach Dagestańców byłby dużo lepszy? Jak się słucha o tych sadystach z ISIS, to w zasadzie można powiedzieć – „lata mijają, a oni ciągle to samo”. Na wąskiej ścieżce mogło się zmieścić trzech, może czterech wojowników obok siebie, jeżeli stanęli ciasno, co na pewno blokowało ich ruchy. Ci, którzy się bronili za murami z bazaltowych łupków, musieli dobrze celować, ale kiedyś wyczerpują się strzały, oszczepy, kule i proch. Czy to były te same łupki, które teraz grzechoczą pod nogami i staczają się w przepaść?

gallery111

„I tak domknął się kolejny rozdział historii Kaukazu” – rzucił w wysokie powietrze historiozoficznie gaspadin Erakli na ruinach. „I to miejsce też jest teraz święte” – dodał.

Staliśmy na ruinach starego Diklo i patrzyliśmy, jak „wsie rieki uchadit w Dagestan”, i nagle Erakli pokazał takie zbocze, jakieś 2 kilometry w linii prostej, i mówi – „tam jest jeszcze Gruzja, ale od naszej strony nawet koniem nie pojedziesz. Możesz przejść, ale na piechotę, i tam w tych ruinach tuszeckich wież koczują Dagestańcy i wypasają tam swoje owce. I to jest taka ziemia niczyja – ani Dagestan, ani Gruzja”.

Nie mówił tego przyjaźnie. Tak jakby żywe było wspomnienie tragedii obrońców starego Diklo. I podobno tak jest, że w wioskach Diklo i Szenaki ludzie opowiadają tę historię jako żywą, z ust do ust przekazują legendę, tak jakby to wydarzyło się wczoraj, czy – jak to bywa z mitycznymi opowieściami przy ognisku, w kręgu plemiennym – jakby ta opowieść ciągle była realna, ciągle się działa, teraz i tutaj, ile razy ktoś ją opowiada.

Autor: Radek Wiśniewski

gallery110

Zobacz także:

Zwiedzanie Tuszetii – cz. 1

Krzysztof Nodar Ciemnołoński

Szukasz najlepszej oferty wyjazdu do Gruzji i Armenii? Pomogę Ci zorganizować przygodę życia. Skontaktuj się ze mną - krz@polakogruzin.pl - tel. 792 004 069.

ZOSTAW KOMENATZ

POWIĄZANE WPISY