Bieg przez kanion Okatse

Była 7.00 rano, końcówka maja 2016 roku, gdy zdecydowałem się ruszyć z lotniska Kopitnari w kierunku gruzińskich pereł Imeretii – wąwozu Martwili i kanionu Okatse – położonych w legendarnej Kolchidzie Kaukaskiej. Nie spałem od doby, kiedy wyjechałem wraz z turystami z Lagodekhi we wschodniej Gruzji przez Tbilisi, gdzie zaznaliśmy kilkugodzinnego odpoczynku, do Kutaisi, skąd uczestnicy mojego tripu mieli wylecieć do Polski. Zaplanowałem, że prześpię się na lotnisku, ale jakaś podróżnicza siła pchała mnie dalej. Walczyłem ze sobą przez dobre dwie godziny. Próbowałem zalec na tylnej kanapie w moim fordzie transicie, włączyć jakiś usypiający witch house w stylu Fraunhofer Diffraction i paść, ale tym razem to nie pomagało. Musicie mi uwierzyć, że nawet set kilku odcinków Starożytnych Kosmitów nie dał rady, a to już jest broń ostateczna!

Ruszyłem więc, ledwo przytomny, w kierunku słynnego wąwozu Martwili ukrytego kilkadziesiąt kilometrów od Kutaisi, z imponującymi formami skalnymi i wodą o przepięknej barwie. Na początku zgubiłem się, zawiodły nawet mapy Google’a. Kilka razy objechałem Tskaltubo – zawieszone w czasoprzestrzeni uzdrowisko z czasów sowieckich, gdzie nawet droga urywa się na kilka metrów przed torami kolejowymi, by kawałek dalej wypłynąć ponownie. Podróż dłużyła się niesamowicie, ale wiecie, jak jest – wędrówka jest celem samym w sobie.

Należę (w sumie to oczywiste) do przedstawicieli gatunku ludzkiego, którzy w chwilach zmęczenia mają poważne problemy z podejmowaniem decyzji. Tylko wmawianie sobie, że dasz radę, może pomóc. Cel, odkrywanie świata, kosmos. W końcu zjechałem z asfaltu na upstrzoną kamieniami drogę do wioski. Zatrzymałem się przy krowach i ich właścicielu, który ruszył w poranny obchód okolicy. Postaliśmy chwilę, paląc moje mentolowe papierosy za 3 lari i dumając nad teorią pola zerowego i innymi kosmicznymi sprawami.

Bieg przez kanion Okatse

Podszedłem na krawędź przepaści – „trzymam mokrą dłoń, balustrada, most, już za chwilę, wiesz, nas tu nie będzie” (Grzegorz Kaźmierczak, Variete) – i wtedy to zobaczyłem. Dotarłem na miejsce – pode mną rozciągał się wąwóz Martwili. Wlazłem do samochodu, włączyłem znowu muzykę, pomyślałem jeszcze, że wyjdę zapalić ostatniego papierosa na tym odcinku czasu. I odpłynąłem.

Bieg przez kanion Okatse

Nic mi się nie śniło. Była nadal końcówka maja, nadal byłem w Gruzji, pogoda mieszała gruzińskie strefy klimatyczne, początki subtropiku mieszały się z nizinnym wiatrem i zapachem lasu. Środek dnia zastał mnie skulonego na ostatnich siedzeniach auta. Obudzonego i szczęśliwego, że tu jestem. „Jeszcze tu wrócę, teraz nie wiem, gdzie szukać zejścia”, pomyślałem, odpaliłem mój wehikuł i ruszyłem do kanionu Okatse. Wiedziałem, że muszę zdążyć przed nadciągającym deszczem.

Bieg przez kanion Okatse (ოკაცეს კანიონი)

Dotarcie do nowej atrakcji turystycznej w Gruzji zajmuje sporo czasu, ale samo zwiedzanie wynagradza wszystkie niedogodności. Z Kutaisi do wejścia w wiosce Gordi są 42 kilometry. Wejście kosztuje 7 GEL od osoby. Od głównej bramy idzie się około dwóch i pół kilometra, aż do checkpointu i wejścia na teren kanionu z przytwierdzonymi do skalnej ściany kładkami wiszącymi kilkadziesiąt metrów nad przepaścią. W najgłębszym miejscu wysokość dochodzi do 100 metrów! Wrażenie jest takie, jakbyśmy lewitowali nad plamą wody i lasów – przemieszanymi barwami, których krótkowzroczny nie dojrzy nawet w okularach. Pech chciał, że już gdy podjechałem pod bramę wejściową, zaczynało kropić. „Nieważne”, pomyślałem, „muszę iść!”.

UWAGI TECHNICZNE dla organizatorów wyjazdów i samodzielnie podróżujących turystów: wycieczka do Okatse to zabawa przynajmniej na pół dnia. Na trasie Kutaisi–Okatse–Kutaisi do przejechania są łącznie 84 kilometry, do tego 5 kilometrów wte i wewte, by dotrzeć do kanionu, kolejna godzina–dwie na sam kanion. Droga do Gordi wije się serpentynami. Trzeba mierzyć zamiary na siły, żeby zdążyć z zaplanowanym programem.

Bieg przez kanion Okatse Bieg przez kanion Okatse

Aż do trasy nad przepaścią szło dobrze – jak w dowcipie o samobójcy, który skacze z okna („na razie wszystko idzie dobrze”). Nagrałem krótki filmik w formie testamentu, zrobiłem kilka tandetnych zdjęć kijkiem do selfików, które tu prezentuję, i na tym moja opowieść mogłaby się zakończyć. „To tylko lekki deszcz, który występuje w Gruzji kilka razy dziennie”, wmawiałem sobie. Po 20 minutach nadciągnęły chmury tak ciemne i skłębione, że wiedziałem doskonale, że obwieszczają one koniec świata. „Blow your trumpets, Gabriel”, jak śpiewa szanowny pan Nergal z Behemotha – taki miałem soundtrack. Lunęło tak potwornie, że nie pozostało mi nic innego jak wiać. Byłem jedynym zwiedzającym, reszta zdążyła już uciec i schronić się pod wiatą na checkpoincie. Powiedzenie „do suchej nitki” nabrało w moim mieszczańskim słowniku zupełnie nowego znaczenia. Ściągnąłem buty i biegłem jak człowiek pierwotny najpierw po kładce, w kierunku tarasu widokowego, a potem po białych wapiennych kamieniach, w górę, ku wolności.

Po drodze spotkałem ochroniarza z parasolką. „Czy ktoś jeszcze za tobą idzie?” – zapytał. „Nie” – odpowiedziałem – „jestem jedynym idiotą na kilometr kwadratowy w tym kanionie”. Postaliśmy kilka sekund, myśląc intensywnie o końcu świata. Liczyłem, że zaprowadzi mnie do wyjścia, i tu się myliłem. „Idź przodem” – rzekł ten dobry samarytanin. Wlazłem szybko na taras bombardowany deszczem, który akurat tego dnia musiał chlusnąć z chmur. Wspomniany wyżej koleżka nie użyczył mi schronienia, biegłem więc dalej, bez koszulki i butów, błagając Stwórców Świata, by oszczędzili mój telefon ukryty w kieszeni z fajkami*. Nie ma co, jestem najlepiej przygotowany do trekkingów – prawdziwy weteran off-roadu, hehe.

Pod wiatą przy wyjściu z kanionu, dwa i pół kilometra od głównej bramy, gdzie stał mój samochód, kłębiły się tłum dzieciaków na wycieczce szkolnej i dwójka Rosjan.

Zapytałem jednego z kierowców, za ile mnie przewiezie. „30 lari” – odpowiedział. Nie skomentowałem. Wziął dzieciaki z wycieczki.

Kucnąłem w kącie i czekałem na jakikolwiek rozwój wypadków. Nic się nie działo.

W końcu inicjatywę przejęli Rosjanie – usłyszałem, jak proponowali 25 lari kierowcy mitsubishi. To mnie uskrzydliło. „20!” – krzyknąłem i zerwałem się na równe nogi. „20 GEL i jedziemy we troje!”.

Bieg przez kanion Okatse

Bieg przez kanion Okatse

Współuczestnicy tej burzy zgodzili się. Zająłem miejsce z przodu busa – byłem wolny, głodny, mokry, ale w drodze. Jak zwykle w drodze.

Kolejnego dnia zrobiłem jeszcze lepszy numer – o 5.00 rano odebrałem nowych turystów z Kutaisi, o 11.30 byliśmy w Mestii, w regionie Swanetii, a o 22.00 byłem znowu w Tbilisi, w domu.

* Żadne telefony komórkowe nie ucierpiały w trakcie przeżywania tej przygody.

(Dzień dobry, drodzy Czytelnicy, po trzech miesiącach przerwy)

Zwykle jednak w kanionie Okatse jest tak:


Zobacz także SPIS TREŚCI, gdzie znajdziesz wszystkie pozostałe wpisy o zabytkach Gruzji, jej historii i kulturze


Krzysztof Nodar Ciemnołoński

Szukasz najlepszej oferty wyjazdu do Gruzji i Armenii? Pomogę Ci zorganizować przygodę życia. Skontaktuj się ze mną - krz@polakogruzin.pl - tel. 792 004 069.

ZOSTAW KOMENATZ

POWIĄZANE WPISY